Express-Miejski.pl

Jak w przeszłości chowano zmarłych z tych ziem?

Pozostałości przedwojennych nagrobków na cmentarzu komunalnym w Bardzie fot.: zdjęcie archiwalne // Anna Nosol

Zapewne większość z Was wie jak obecnie wygląda „procedura”, gdy ktoś umrze w domu. A jak było dawniej?

Co robili, w co wierzyli i jak zachowywali się w momencie śmierci bliscy zmarłego, dawni mieszkańcy tych ziem przed 1945 rokiem?

Otóż gdy zmarł człowiek w pierwszej kolejności zapalano jego świecę z chrztu, którą przechowywano przez całe życie. Cała rodzina klękała na kolana przed łóżkiem i modliła się. Tuż po śmierci chciano wypuścić duszę zmarłego jak najszybciej z pokoju. Otwierano więc okna na oścież. Lustra zasłaniano, a oczy zmarłego natychmiast zamykano, żeby nie mógł wrócić i wziąć jeszcze kogoś ze sobą. Zegar zatrzymywano. Nie wolno było głośno płakać w pokoju zmarłego, a łzy nie powinny dotknąć nawet jego ubrania, tak aby nie został zakłócony jego spokój.

Jeżeli zmarł właściciel gospodarstwa, to krewni szli do obory, stajni i pasieki oraz mówili na głos do zwierząt: „Wasz pan zmarł”. Trzykrotne bicie dzwonu (w Bardzie tzw. „dzwonu śmierci” znajdującego się na sygnaturce na dachu bazyliki) oznajmiało pozostałym mieszkańcom, że ktoś właśnie zmarł.

Trumnę robił miejscowy stolarz. Dla dzieci, nieżonatych i niezamężnych była to biała trumna, a dla innych ciemna. Do grobu wkładano też przedmioty codziennego życia, aby w Sądny Dzień zmarły mógł odnaleźć koło siebie to, co miał w życiu.

Jeśli nieboszczyk znajdował się w domu przez niedzielę, to niedługo jeszcze jeden człowiek z rodziny miał umrzeć. Miejsce ulokowania trumny ze zmarłym często było ozdobione roślinnością.

Pani, która rozporządzała pogrzebem chodziła od domu do domu i ogłaszała termin pogrzebu. Zmarłego nieśli sąsiedzi mężczyźni, a nieżonatych / niezamężnych młode chłopaki. Na początku trumnę trzy razy wznoszono. Potem mówiono modlitwę: „W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego”. Każdy z tych, co niósł trumnę miał w ręku cytrynę jako znak życia. Członków rodziny oznaczano bukiecikami rozmarynu podczas pogrzebu. Z każdego domu znajdującego się po sąsiedzku przynajmniej jeden człowiek szedł na pogrzeb. Nigdy nie zostawiano opłakującej rodziny w samotności podczas pogrzebu.

Po mszy w kościele procesja szła na cmentarz. Dwa konie ciągnęły wózek ze zmarłym, na którym stała ozdobiona trumna.

Po pogrzebie członkowie rodziny szli na „żałobny posiłek”. Inni goście szli do zajazdu. Ceremonia pogrzebu kończyła się obfitym piciem alkoholu co było starogermańskim zwyczajem.

Tak kończyło się życie dawnych mieszkańców. Przeniknięte rytmem poszczególnych lat wznosiło się od urodzenia, przez dzieciństwo aż do młodości, po czym spadało w starość i kończyło się śmiercią. Będąc wpisane w historię rodziny, gminy, wsi, miejscowości. Albowiem człowiek nie istniał jako istota samotna, lecz był członkiem społeczności ludzi, którzy szli z nim wspólnie przez dni, miesiące i lata życia.

Więcej takich ciekawostek można znaleźć na portalu Bardo - na tropie tajemnic historii prowadzonym przez pasjonata lokalnej historii Tomasza Karamona.

Tomasz Karamon - Bardo na tropie tajemnic historii

0

Dodaj komentarz

Dodając komentarz akceptujesz regulamin forum

KOMENTARZE powiadamiaj mnie o nowych komentarzach

REKLAMA