Express-Miejski.pl

Polska Amazonia. Kolejna część podróży Bogdana Tuły szlakiem Green Velo

Spływ po Biedrzy jest jedną z wielu form zwiedzania dostępnych dla turystów fot.: Bogdan Tuła

Dwa parki narodowe utworzone w rozlewiskach Biebrzy i Narwi są jednymi z najsłabiej przekształconych przez człowieka obszarów naszego kraju.

Ta „dzikość” kusi wielu turystów, dla których przygotowano tu wiele różnorodnych form zwiedzania. Jednak najciekawsze przyrodniczo obszary są trudno dostępne a ruch dla zwiedzających jest mocno ograniczony. Podróż rowerem po szlaku Green Velo, też nie należy do najłatwiejszych.

Opuszczając ostatnie fragmenty Puszczy Augustowskiej wjeżdżamy na rozległe obniżenie doliny Biebrzy. Rozmieszczone tu niewielkie osady łączą całkiem przyzwoite drogi. Szybko zbliżamy się do granic parku narodowego. Pierwszą niespodzianką na terenie parku jest śluza Dębowo. Jest ona pierwszym obiektem hydrotechnicznym położonym na Kanale Augustowskim, który znajduje się 350 metrów dalej. Co prawda nie możemy obserwować samego śluzowania, bo nikogo nie ma, ale za to możemy dokładnie obejrzeć wszystkie mechanizmy.

Za śluzą zjeżdżamy na szutrową drogę, przy której znajduje się przystań tratw. Właśnie nadjeżdża grupa turystów, którzy w trakcie weekendu będą spływać po Biebrzy. Obserwujemy jak właściciel objaśnia zasady korzystania z tratwy, opisuje jej wyposażenie i sposób manewrowania. Za dwa dni odbierze podróżników kilkanaście kilometrów dalej. Bardzo spodobał nam się taki sposób podróżowania, zwłaszcza, że za chwilę wjeżdżamy na kolejną szutrową drogę prowadzącą wzdłuż Biebrzy. Mocno zniszczona przez wiosenne wylewy, miejscami mocno kamienista. Miało być dziko i jest. Przeprawiamy się mostem na drugą stronę rzeki. Pomagamy przy okazji przeprowadzić przez most konie a napotkani turyści polecają nam kolejne ciekawe miejsca do obejrzenia. Dojeżdżamy do kolejnej przystani w Dolistowie. Dalej pojedziemy asfaltem do Goniądza, ręce muszą trochę odpocząć od szutrowej tarki.

W Goniądzu korzystamy z nietypowego baru. Właściciele przez okno sprzedają domowe obiadki, a klientów sporo. Są to głównie muzycy z odbywającego się tu aktualnie festiwalu „Rock na bagnie”. Na popołudniowym śniadaniu króluje żurek jako główna potrawa, co świadczy o tym, że w nocy działo się sporo - na scenie i poza nią. Rockmeni życzą nam udanej podróży a my kierujemy się na Twierdzę Osowiec.

Fortyfikacje wybudowane pod koniec XIX wieku z polecenia cara Aleksandra II miały stanowić ważny punkt obrony strzegący przejścia przez biebrzańskie bagna, twierdza oblegana przez armię niemiecką w czasie I wojny światowej nie została zdobyta pomimo zaciętych walk. Do dziś część fortyfikacji jest własnością wojskową, czego doświadczyliśmy chcąc ją zwiedzić. Zwiedzanie dostępne tylko z przewodnikiem, z którym trzeba się umówić i to tylko większą grupą. Nie pozostaje nam nic innego jak Drogą Carską ruszyć dalej. Ta 33 kilometrowa trasa prowadzi groblą przez Biebrzański Park Narodowy. Choć co chwilę mijamy znaki informujące o możliwości spotkania na drodze łosia i niemal każda rozmowa na postojach z turystami o łosia zahacza, my nie spotykamy żadnego, nawet porykiwań nie słyszeliśmy. Wjeżdżamy na drewniane pomosty w głąb bagien, wchodzimy na wieże widokowe, a tu ani śladu.
Odbijamy wobec tego Podlaskim Szlakiem Bocianim w stronę Tykocina, tu bocianów nie brakuje!

Miasteczko nas zachwyca swoją architekturą. Potężny rynek z pomnikiem hetmana Stefana Czarnieckiego, z jednej strony zamknięty barokową fasadą kościoła św. Trójcy a z drugiej zabudową dzielnicy żydowskiej. W liczącym dwa tysiące mieszkańców miasteczku znajdziemy tyle zabytków, że spokojnie można by obdzielić niejedną gminę. Przeplatają się tu zabytki wielu wyznań. To w Tykocinie była największa gmina żydowska po Krakowie. jest tu kilka klasztorów, była też cerkiew Unitów. Nie dziwi więc fakt, że miasto to często gości filmowców i artystów, bo plenery są tu fantastyczne.

Z Tykocina ruszamy w stronę Narwiańskiego Parku Narodowego, naszym celem jest Waniewo i uwiecznione niemal na każdym folderze kładki i przeprawy przez liczne odnogi Narwi. Gdy docieramy na miejsce, okazuje się, że poziom wód jest tak niski, że kładki prowadzą po łąkach a na prom to trzeba półtora metra w dół zeskakiwać. Lekko rozczarowani przeprawiamy się bez rowerów na mały spacer po bagno-łąkach i ruszamy dalej. Żeby doświadczyć naszej polskiej Amazonii trzeba by dalej podróżować łodzią lub tratwą. Wybieramy jednak rowery i zmierzamy w kierunku prawdziwego Podlasia i Puszczy Białowieskiej.

Bogdan Tuła

0

Dodaj komentarz

Dodając komentarz akceptujesz regulamin forum

KOMENTARZE powiadamiaj mnie o nowych komentarzach

REKLAMA