Express-Miejski.pl

„Chcę ciężko trenować by z dnia na dzień stawać się coraz lepszym”. Wywiad z Pawłem Pastuszką

Paweł Pastuszka od czterech lat z sukcesami startuje w biegach z przeszkodami fot.: mat.pras.

Zobacz wszystkie zdjęcia w galerii

Zaczynał od treningów w stodole, układał swój własny tor przeszkód z elementów ze starych ciężarówek. Dziś jest jednym z najlepszych w Polsce w swojej kategorii wiekowej.

32-letni Paweł Pastuszka z Mrokocina (gm. Kamieniec Ząbkowicki) od czterech lat bierze udział w biegach z przeszkodami. Zaraz po szkole chciał iść do wojska, lecz ze względu na trudną sytuację materialną, zaczął pomagać tacie w transporcie. Od 18 roku życia pracuje jako zawodowy kierowca w rodzinnej firmie. Jest ojcem Ignasia. Większość czasu spędza w pracy, jednak dzięki zaangażowaniu i determinacji nawet podczas „kręcenia pauzy” znajduje czas, aby odbyć trening. O przypadkowym starcie w Runmageddonie, który był początkiem czegoś nowego rozmawiamy z samym zainteresowanym.

Express-Miejski.pl: Od czego się zaczęło?

Paweł Pastuszka: Zaczęło się cztery lata temu, od tego, że pojechałem z moim kolegą z pracy w podwójnej obsadzie w trasę. Wojtek opowiedział mi o biegu Runmageddon, w którym wziął udział razem ze swoimi znajomymi ze Złotego Stoku. Jest to bieg ekstremalny, podczas którego uczestnicy muszą pokonać trasę najeżoną przeszkodami. Do tej pory nigdy nic nie trenowałem, ale dzięki Wojtkowi zacząłem się tym interesować. Nie zdawałem sobie do tej pory sprawy, że są inne biegi niż takie normalne dystansowe, w których można rywalizować. Pomyślałem sobie, że skoro on przebiegł Runmageddon to ja nie dam rady? (śmieje się).

Express-Miejski.pl: Kiedy i gdzie wystartowałeś po raz pierwszy?

Paweł Pastuszka: W kwietniu 2017 roku. Runmageddon we Wrocławiu to był mój pierwszy bieg przeszkodowy. Pojechałem na niego bez żadnego przygotowania. Ku mojemu zaskoczeniu bardzo mi się spodobało. Można powiedzieć, że złapałem zajawkę. Bieganie w błocie, z oponami, pokonywanie własnych słabości, przeszkód i do tego frajda z poznawania nowych ludzi... mówiąc krótko: odnalazłem się w tym. Często aby pokonać przeszkodę trzeba było prosić o wsparcie innych uczestników. To co było niesamowite to fakt, że na trasie każdy chętnie służył pomocą. Po biegu złapałem tyle pozytywnej energii, że mówiąc kolokwialnie połknąłem bakcyla i zacząłem po Polsce wypatrywać miejsc, gdzie organizowany był Runmageddon. Pokonałem jednego, drugiego, trzeciego. Startowałem w coraz dłuższych dystansach, a im dalej w to brnę, tym zajawka jest coraz większa.

Express-Miejski.pl: Przygotowywałeś się do biegów? Czy szedłeś po prostu na żywioł?

Paweł Pastuszka: Szukanie miejsc, gdzie odbywają się kolejne biegi było równoznaczne z tym, że zacząłem szukać też miejsc, gdzie mógłbym potrenować. Chciałem być coraz lepszy. Zacząłem jeżdzić do Wrocławia. Tam były organizowane treningi. Byłem na paru, a jednocześnie jeździłem na zawody w różne strony Polski. Pamiętam, że byłem w Szczyrku na najdłuższej i najbardziej wymagającej trasie „hardcore”. Tam już było grubo – 21 kilometrów. To był mój pierwszy półmaraton. Po biegu oglądając zdjęcia trafiłem na plakat grupy „Aby do mety” z Ząbkowic Śląskich. Zacząłem interesować się kto jest w tym klubie i tym sposobem trafiłem na Krzyśka Konopackiego. To był kolejny krok do realizowania się w tej pasji - udało mi się poznać nowe osoby z okolicy, które mają podobne zainteresowania.

Express-Miejski.pl: Od tego czasu nie musiałeś już jeździć do Wrocławia by trenować?

Paweł Pastuszka: Tak. W Mąkolnie mieliśmy stodołę u rodziców Marty Szumskiej. W niej pod dachem wywieszaliśmy łańcuchy i trenowaliśmy. Odbyłem z członkami grupy „Aby do mety” kilka treningów, po czym powiedzieli, że przygotowują się na inne zawody, które nazywały się Barbarian Race. To były biegi trudniejsze o poziom techniczny przeszkód. Postanowiłem, że pojadę z nimi na te zawody, choć nie czułem się w pełni przygotowany do udziału. 

Express-Miejski.pl: Dałeś rady? Jakie były Twoje wrażenia po biegu?

Paweł Pastuszka: Nigdy nie zapomnę jak na jednej z przeszkód, która nazywała się „latający Barbarzyńca”, trzeba było przeskoczyć z jednej na kolejną rurkę oddaloną 1,8 m używając tylko rąk. Jak wskoczyłem na rurki, poczułem jak ogromnie mi się to podoba. Chociaż nie wiedziałem do końca co mam robić, to sam do siebie się cieszyłem. Po ukończonym biegu zrozumiałem, że to jeszcze lepszy rodzaj wyścigu niż Runmageddon. Do tego chyba mniej popularny, bo i za start zapłaciliśmy mniej (śmiech). 

Express-Miejski.pl: Jaka była największa różnica między Runmageddonem a Barbarian Race?

Paweł Pastuszka: Były tam trudniejsze przeszkody, na których nie dawałem rady technicznie np. flyer. Polega to na tym, że co dwa metry jest rurka, trzeba się złapać, rozhuśtać i złapać kolejną rurkę. Jeszcze inna polegała na tym, że rurką trzeba skakać po schodkach do góry. Przez to, że nie mogłem sobie z tymi przeszkodami poradzić, zacząłem budować u siebie na podwórku podobne tory przeszkód ze starych złomowanych ciężarówek, które w pokrzywach stały za stodołą. Po dwóch latach stworzyłem sobie własny park przeszkód. Dzięki temu nie miałem problemu na samych zawodach i w końcu odważyłem się biegać w kategorii elita.

Express-Miejski.pl: Czym charakteryzują się biegi elit?

Paweł Pastuszka: Zawodnicy fali elite cały dystans muszą pokonać bez pomocy z zewnątrz oraz nie mogą liczyć na wsparcie innych uczestników biegu. Jeśli nie jesteś w stanie pokonać przeszkody tracisz opaskę elita. Pierwszy mój wyścig tego typu był w Wiśle. Oprócz tego, że zrobiłem wtedy bieg elity to wystartowałem we wszystkich dystansach. W jeden weekend zrobiłem najkrótszy dystans 6 km i 12 km. Od zawsze byłem dość mocny w przeszkodach. Trochę gorzej było z bieganiem, dlatego od tamtego roku, żeby poprawić swoje bieganie zacząłem biegać w Spartan Race.

Express-Miejski.pl: Jak pomogły Ci te biegi?

Paweł Pastuszka: To są biegi, w których są łatwiejsze przeszkody, ale odbywają się zawsze w górach, na dłuższych dystansach. Tam bardziej liczy się sam bieg. Mimo tego, że to była moja słabsza strona, to cały poprzedni sezon brałem udział w tych biegach. Tak się rozbiegałem, że wziąłem udział w Lidze Europy Centralnej. Ścigałem się z zawodnikami z pięciu krajów: Czechami, Słowakami, Rumunami, Węgrami i naszymi rodakami. Jeździłem po tych krajach na ligowe wytypowane wcześniej zawody. Raz był dystans 6 km, raz 21 km. Ostatecznie w lidze zająłem 7 miejsce.

Express-Miejski.pl: Ponadto wziąłeś także udział w Mistrzostwach Polski w Biegu Przeszkodowym w Ząbkach.

Paweł Pastuszka: Nie czułem się wtedy silny, żeby tam wystąpić. Podejrzewałem, że tam jest za wysoki poziom dla mnie. W tym samym czasie ruszyłem ciężarówką w trasę. Rozładowałem towar, a że byłem blisko Ząbek to podjechałem, aby pokibicować znajomym. Pierwszego dnia dopingowałem Maciejowi Frydrychowi z Wataszki, który ścigał się na krótkim dystansie. Na drugi dzień był długi dystans. Mój znajomy Krikon z „Aby do mety” nakręcił mnie i zapisałem się na swoją kategorię wiekową. Nie wiem jakim cudem, ale dobiegłem do mety trzeci. Dzięki temu dostałem kwalifikacje na Mistrzostwa Świata w Londynie.

Express-Miejski.pl: Musiałeś uzbierać 1250 dolarów, żeby zapłacić za londyńskie mistrzostwa.

Paweł Pastuszka: Jeździłem po firmach, które zgodziły się być moimi sponsorami. Wtedy udział w tych zawodach stawał się realny. Osobami, które mi pomogły, był m.in. Marcin Orzeszek – burmistrz Ząbkowic Śląskich. To była duża akcja. Wszystko zawdzięczam moim znajomym, którzy bardzo mi wtedy pomogli. W Londynie byłem 97 na 350 osób w mojej kategorii wiekowej. Ze wszystkich tych osób tylko 107 ukończyło cały bieg. To był dla mnie ogromny wyczyn, że na takiej ogromnej imprezie dotarłem z opaską elity do mety.

Express-Miejski.pl: Jak przygotowałeś się do mistrzostw w Londynie?

Paweł Pastuszka: Zacząłem bardzo regularnie trenować. W telefonie w kalendarzu pozaznaczałem sobie jakie treningi będę realizować. Sam zacząłem tworzyć plan treningowy. Było to o tyle trudne, że kolidowało z moją pracą. Plan tworzyłem przez dłuższy czas, żeby udało mi się jak najwięcej ćwiczyć w małych urywkach pomiędzy trasami. Często jest tak, że u siebie w domu spędzam mało czasu i nie biegam po swojej kotlinie, a jadę np. na Czechy, bo często tam mamy kursy. Zatrzymuje się więc na pauzie, w aplikacji szukam najwyższego szczytu w moim obrębie i na niego wybiegam. W tym celu specjalnie wydłużam sobie pauzy. Bywało tak, że w Kamieńcu Ząbkowickim oddalonym od mojego domu 10 km, miałem do załatwienia pewną sprawę. Zamiast wsiadać w auto, po prostu tam pobiegłem. Próbuje łączyć czas wolny, z pracą i treningami, żeby to wszystko zazębić i zsynchronizować. Dodatkowo w każdą trasę staram się przygotowywać pełnowartościowe posiłki. Zaczynając od prostych koktajli warzywno-owocowych, batonów proteinowych po różnego rodzaju dania z kasz, ryżu czy pizzę w wersji fit.

Express-Miejski.pl: Byłeś także w telewizji.

Paweł Pastuszka: Biegi przeszkodowe zaczęły się upowszechniać. Mnóstwo biegaczy górskich, ulicznych zaczęło przechodzić na przeszkody, bo jest ciekawej. To tak się rozrosło, że biegi podzieliły się i na krótkie Ninja Tracks 100-200 metrowe i na dłuższe Ultra 52 km. Próbuje trenować na obu dystansach, jednak lepiej czuję się na dłuższych trasach. Wiadomo, że jak coś staje się coraz bardziej popularne, to i zaczyna się pojawiać zainteresowanie mediów, telewizji. Postanowiłem wziąć udział w drugiej edycji „Ninja Warrior Polska”, bo chciałem sprawdzić się na krótszym dystansie. Jest to program telewizyjny emitowany na antenie telewizji Polsat. Do pokonania jest najsłynniejszy tor na świecie. Aby zdobyć mistrzowski tytuł trzeba pokonać 32 przeszkody na odcinku 150 metrów. Do tej pory tylko 11 śmiałkom na całym świecie udało się dotrwać do końca i pokonać wszystkie przeszkody, w tym tę najważniejszą legendarną już Górę Midoriyama. Przed programem przez dwa tygodnie ćwiczyłem te przeszkody, w których byłem najsłabszy. Zacząłem robić różne wysokie równoważnie, ustawiałem wielkie opony i skakałem po nich. W końcu tak upadłem, że skręciłem nadgarstek. Nie zdążyłem tego wyleczyć do programu. Mimo tego wziąłem udział. Przed startem mieliśmy fizjoterapeutę, który zawinął mi ten nadgarstek i na drugiej przeszkodzie, gdzie cały ciężar był na rękach, chyba pod wpływem adrenaliny, nie czułem tego nadgarstka w ogóle. Musiałem go jednak nadwyrężyć. W momencie pokonywania trzeciej przeszkody dostałem do głowy taki impuls, że jednak on mnie boli. Zacząłem o nim myśleć, wyprowadziłem się z równowagi i wpadłem do wody. To była krótka przygoda z Ninja Warrior Polska, ale zupełnie jej nie żałuję. Nie ukrywam też, że jednak bardziej interesują mnie biegi ultra z przeszkodami niż te krótkie.

Express-Miejski.pl: Jaki zatem plany na kolejne miesiące?

Paweł Pastuszka: Chcę ciężko trenować by z dnia na dzień stawać się coraz lepszym. Do końca roku mam zaplanowany terminarz. Moim marzeniem jest, aby w grudniu pojechać na Teneryfę, bo tam przenieśli Mistrzostwa Europy Spartan Race z Austrii przez COVID-19. Myślę, że pandemia wyciszy się do grudnia i będzie to realny start. Czuję się na siłach, że mogę tam pobiec. Jedyną przeszkodą są pieniądze. Jestem jednak dobrej myśli!

Aby wspomóc Pawła Pastuszkę w drodze na Mistrzostwa Europy Spartan Race można wpłacać pieniądze na zbiórkę na portalu zrzutka.pl [KLIK]

kin / em24.pl

0

Dodaj komentarz

Dodając komentarz akceptujesz regulamin forum

KOMENTARZE powiadamiaj mnie o nowych komentarzach

REKLAMA